Kazimierz Wroczyński  | Wspomnienia o ZAiKS-ie (fragmenty)

 

Pierwsze lata istnienia ZAiKS-u przeszły na harcowniczych utarczkach, od wypadku do wypadku, przeważnie z antreprenerami teatrzyków, dopiero ustawa z 1926 roku dała nam skuteczną broń do ręki.

Pamiętam z tego przedustawowego okresu bardzo charakterystyczne boje z Filharmonią i Radiem. Gdy po raz pierwszy jako prezes ZAiKS-u zatelefonowałem do dyrektora administracyjnego Filharmonii w sprawie tantiem należnych kompozytorom za utwory grane na koncertach, usłyszałem bardzo charakterystyczną odpowiedź:

– Filharmonia od początku swego istnienia nigdy nie płaciła żadnych tantiem żadnym kompozytorom, uważając, że robi im już dostateczną reklamę, grając ich kompozycje.

– Daruje pan…

– Nic nie mogę darować, nie mam czasu na tego rodzaju rozmówki.

Cóż było robić? Paweł ani pisnął,

wrócił do siebie i czapkę nacisnął.

Nazajutrz.

Na to „nazajutrz” jednak trzeba było czekać z górą rok, aż ukazała się w marcu 1926 roku ustawa o prawie autorskim, we wrześniu zaś tegoż roku odbył się w Warszawie Międzynarodowy Kongres Prawa Autorskiego, na którym to kongresie ZAiKS nawiązał kontakty z przedstawicielami analogicznych stowarzyszeń zagranicznych i w rezultacie zawarł umowy na wzajemną reprezentację praw swych członków ze związkami 26 krajów Europy i Ameryki.

Wtedy, gdy zatelefonowałem do tegoż dyrektora Filharmonii i podałem swe nazwisko, usłyszałem:

– Daruje pan…

– Teraz ja nic nie mogę darować, tylko oświadczam, że od dzisiaj zabraniam panu bez porozumienia się z ZAiKS-em grać któregokolwiek z kompozytorów polskich na zasadzie ustawy o prawie autorskim.

– Słyszałem już o tej ustawie. Więc będę grał wyłącznie kompozytorów zagranicznych, a moralna odpowiedzialność za to spadnie na panów.

– Kompozytorów zagranicznych też pan grać nie będzie.

– Niby dlaczego?

– Ponieważ ZAiKS ma przedstawicielstwo prawie 26 związków całego cywilizowanego świata.

… Długie milczenie.

– Więc mam zamknąć instytucję, pozbawiając chleba…

– Po co ten frazes? Może pan grać Bacha, Beethovena, Mozarta, Chopina, Schumana…

– Samych nieboszczyków?

– I to nie wszystkich, lecz tylko tych, którzy umarli przed pięćdziesięciu laty.

– Pozwoli pan, że się przez parę dni namyślę.

– Proszę bardzo, byleby pan od dzisiaj nie grał naszego repertuaru, gdyż zmusi to nas do interwencji u prokuratora.

Paru dni namysłu pan dyrektor użył na szukanie obrony i opieki u prasy. I rzeczywiście dwa dni po naszej rozmowie ukazał się artykuł w „Gazecie Warszawskiej” pt. Manque de logique pióra znanego i cenionego kompozytora, Stanisława Niewiadomskiego, krytyka wyżej wymienionego czasopisma.

Krytyk operował argumentami dyrektora. Tak się kanarki kompozytorskie przyzwyczaiły do gratisowych koncertów w klatkach antreprenerskich. Jednak po odpowiednio zredagowanym przez wydział prawny liście dyrektor Filharmonii zawarł odpowiednią umowę z ZAiKS-em. Żeby zaś odpowiednim kontrargumentem przekonać krytyka o słuszności naszego stanowiska, poleciłem ZAiKS-owym przedstawicielom na prowincji inkasować za utwory Niewiadomskiego.

Zebrało się paręset złotych, które przesłaliśmy kompozytorowi. Po paru miesiącach sam zatelefonował do ZAiKS-u.

– Nie ma tam czego dla mnie?

– Nie ma, bo nie mamy prawa inkasa. Pan profesor nie należy do ZAiKS-u.

Zapisał się.

Gdyśmy już reprezentowali większość własnych i zagranicznych twórców i mieli za sobą ustawę, rozpoczęła się walka na całym froncie nie tylko z poszczególnymi przedsiębiorcami, lecz także z trustami typu związki restauratorów, właścicieli kinoteatrów, producentów płyt gramofonowych itp. Zwłaszcza walka z restauratorami w zakładach, w których przygrywały orkiestry, nie była pozbawiona cech humorystycznych. Restaurator zaskoczony protokołem policyjnym, że gra nie płacąc, odpowiadał:

– Jak to nie płacę za muzykę? Każdemu jazz-bandycie płacę.

– Ale kompozytorom?

– Przecież nuty kompozycji kupiłem za pieniądze, nie?

– Jednak podczas produkcji muzycznych podwyższa pan ceny za konsumpcję.

– Bo inaczej nie wyszedłbym na swoje.

– Właśnie o to samo chodzi kompozytorowi, rozumie pan?

– Nie rozumiem.

Jeszcze trudniej było z producentami płyt gramofonowych, którzy po prostu oszukiwali na wszystkie sposoby. Żadne metody kontroli nie były wystarczające. Wreszcie panowie ci, „robiący w branży” gramofonowej tylko dlatego, że manipulacje z płytami dawały im zarobki grubo większe, niż gdyby handlowali zajęczymi skórkami, potrafili przy nowelizacji ustawy tak na swą korzyść spreparować pewne sfery rządowe, że postawiono ich na jednym poziomie z Radiem i pozwolono im nagrywać wszelkie kompozycje bez porozumienia się z twórcami – z poleceniem płacenia im po fakcie. O ile oczywiście kompozytor dowie się, że utwór jego przetransportowała na skrzekliwą płytę taka lub inna fabryczka. Trud ten spadł na aparat ZAiKS-owy. Dobrze, że posiadaliśmy dwóch gruntownych znawców prawa autorskiego: mecenasa poliglotę Gustawa Beylina i Jana Lesmana-Brzechwę.

Kazimierz Wroczyński „Wspomnienia o ZAiKS-ie” (fragmenty), w: „Pół wieku wspomnień teatralnych”
Spółdzielnia Wydawnicza Czytelnik, Warszawa 1957, s. 194-197.
Ilustracje:
„Biuletyn kwartalny Związku Autorów, Kompozytorów i Wydawców” pod red. Jana Leśmiana
Wyd. ZAiKS, Warszawa, sierpień 1938.
„Biuletyn kwartalny Związku Autorów, Kompozytorów i Wydawców” pod red. Jana Brzechwy. Wyd. ZAiKS, Warszawa, marzec 1948.

Pragniemy poinformować, że dołożyliśmy wszelkich starań w celu odnalezienia podmiotów autorskich praw majątkowych zaprezentowanych przez nas utworów, zdjęć i grafik. Jednocześnie prosimy, aby osoby przez nas pominięte stronie zaiks100.pl, którym przysługują autorskie prawa majątkowe, nawiązały kontakt ze Stowarzyszeniem Autorów ZAiKS.

Podobne artykuły