W Qui Pro Quo był też kochany Julek Tuwim. Dzisiaj o tej jego działalności pisze się i mówi mało. On bardzo lubił nasz teatr. Przychodził, żeby się pośmiać, bo mieć Lawińskiego, Dymszę, Krukowskiego, wszystkich razem to była rzeczywiście frajda. Julek stale przesiadywał z Boczkowskim i Hemarem w mojej garderobie. Grali w szachy czy w karty, chyba jednak w szachy. Była to duża garderoba, choć tylko dla jednej osoby. Kiedy już byłam gwiazdą, powiedziałam: „Proszę osobną garderobę”. I ją dostałam! Okazało się, że gdy ma się powodzenie, można żądać. Nawet koledzy z tego korzystali. Mówili: „Mira, kochana, patrz, w umywalni nieposprzątane już dwa dni. Jeśli tylko krzykniesz, pomoże”. Wtedy szłam do dyrektora Majdego i mówiłam: „Dyrektorze, proszę zobaczyć, jakie tam są brudy. Proszę, żeby ktoś się tym zajął”. W ogóle taka dumna „gwiazda”. I, psiakrew, pomagało.

W tej mojej garderobie przesiadywali ci trzej panowie i tak się zadomowili, że pewnego dnia słyszę pytanie: „Kiedy, Mireczko, idziesz na scenę, bo nam przeszkadzasz?”. Musiałam więc przebierać się w cudzej garderobie.

Właściwie to nie robiłam wtedy nic innego, tylko grałam i miałam tak zwane pomysły. Jeśli Tom chciał napisać jakiś scenariusz, to mówił: „Mira, muszę mieć forsę, wymyśl coś”. To ja sobie albo Nitouche przypominałam, albo jakąś inną sztuczkę. Coś tam w niej przerabiał i miała i glik, i sens. […]

W Qui Pro Quo co miesiąc trzeba było zmieniać program. Hemarowi i Tuwimowi nie zawsze starczało konceptu na napisanie nowych numerów, więc trzeba im było podsuwać pomysły.

Wyglądało to tak. Tuwim, Hemar i Boczkowski, dyrektor, siedzą w gabinecie. Pukam, wchodzę i pytam: „Czy mogę wejść?”. „Proszę. Pani w jakiej sprawie?”. „Ja do panów z pomysłem”. „Proszę, niech pani siada”. I przedstawiałam jakiś pomysł na skecz czy piosenkę. Jeśli był dobry, słuchali, jeśli nie, to od razu mówili: „Dziękujemy pani, proszę wyjść”. Po chwili znowu pukałam. „Proszę panów, mam jeszcze jeden pomysł”. „Proszę, niech pani siada”. Przedstawiałam inny pomysł. „Dobrze. Bierzemy”. I właściwie ciągle musiałam coś wymyślać. Ciągle w tej mojej łepetynie szukałam, co też im powiedzieć. I zawsze coś wykombinowałam.

Kiedy odsłaniano uroczyście pomnik Chopina w Łazienkach, powiedziałam do Tuwima: „Juleczku, napisz mi o dziewczynie z prowincji, która gra cokolwiek Chopina”. I opowiedziałam wszystko. Julek napisał mi Cokolwiek Chopina – chyba najlepszy skecz literacki, jaki grałam. A grałam go z Dymszą. Widziałam go niedawno w telewizji. To już nie był ten sam skecz. Był inny. Myśmy to tak grali, że ludzie śmiali się i płakali, bo „Dodek” to był dobry aktor, miał duży talent. „Poszedł” w tak zwanego komika, ale on umiał być również tragiczny.

Ja zawsze musiałam mieć pomysły. Kiedyś zbliża się premiera, a ja nie mam nowej piosenki. Proszę Julka, powiada, że jest zmęczony. Po chwili jednak mówi: „Wymyśl sobie, to ci napiszę”. I wymyśliłam sobie tę dziewczynę z Hożej. Opowiedziałam mu, jak ta dziewczyna stoi w oknie, jak marzy o gwiazdach… – wszystko od początku. „Wiesz, to dobre”. Poszedł do domu, wrócił, pocałował mnie i powiedział: „Masz Pokoik na Hożej”. I była to moja ulubiona piosenka. […]

Pewnego dnia wieczorem do mojej garderoby w Qui Pro Quo ktoś zapukał do drzwi. Powiedziałam: „Proszę”. Weszli Tuwim z Tadeuszem Sygietyńskim i mówią: „Pani Miro, mamy do pani prośbę”. „Proszę bardzo”. „Pani ma mieszkanie z pianinem. Wieczorem jest ono puste. Pani jest w teatrze. Czy pani mogłaby nam je wynająć?”. „Czy mogę zapytać, w jakim celu panowie chcą to mieszkanie wynająć?”. „W artystycznym”. „Jakie proponujecie warunki? Co dajecie?”. „Każdy z nas da ci piosenkę. Tylko musimy dostać mieszkanie”. „Do czego wam to mieszkanie?”. „Teraz szopkę wystawiamy, nie mamy gdzie robić prób”. […]

I wtedy się zaczęło. Zrobił się tak zwany najazd na dom. Przychodzili niemal codziennie. Tuwim, Słonimski, Lechoń, Sygietyński, niekiedy Iwaszkiewicz. Przychodzili wcześnie, jeszcze przed teatrem. I zaczynali próby, ja szłam do teatru, a oni sobie u mnie siedzieli, pisali, układali teksty. Sygietyński muzykę. Kiedy wracałam po teatrze, oni jeszcze siedzieli. Potem zaczęli zapraszać gości. Przychodzili Leon Schiller, Irena Krzywicka, Jaś Parandowski z żoną, Feliks Topolski, Jurek Paczkowski i inni.

Moja Sitania była szczęśliwa. Grają na fortepianie, ona słucha, podaje wino, wszystko tam było otwarte. Wypijali wszystko, co tylko miałam. Słonimski mówił do niej tylko wierszem. „Jeżeli pani Sitania łaskawa, to zaraz będzie pyszna kawa”. Wszystko zamawiał u niej wierszem. Sitania była w siódmym niebie.

Prawie też zamieszkali u mnie. Sprowadzali sobie, kogo chcieli, mówili tylko: „Polna tyle i tyle, przychodźcie…”. To była taka zabawa, żeby właściwie okupować moje mieszkanko i żebym się nie wtrącała. A jak mnie pięknie traktowali […].
 
 

Mira Zimińska-Sygietyńska „Nie żyłam samotnie”, oprac. Mieczysław Sroka
Wyd. Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1985.
Ilustracje:
1.  „Tworzymy i chronimy. 95 lat ZAiKS-u”. Tekst Rafał Marszałek, oprac. graf. Maciej Buszewicz, Wyd. Arkady, Warszawa 2013, s. 60.
2. „Tworzymy i chronimy. 100 lat ZAiKS-u”. Tekst Rafał Marszałek, oprac. graf. Maciej Buszewicz, Wyd. Stowarzyszenie Autorów ZAiKS, Warszawa 2018, s. 21, 44.

Pragniemy poinformować, że dołożyliśmy wszelkich starań w celu odnalezienia podmiotów autorskich praw majątkowych zaprezentowanych przez nas utworów, zdjęć i grafik. Jednocześnie prosimy, aby osoby przez nas pominięte na stronie zaiks100.pl, którym przysługują autorskie prawa majątkowe, nawiązały kontakt ze Stowarzyszeniem Autorów ZAiKS.

Podobne artykuły