Róg Nowego Światu i Alej Jerozolimskich. Tam, gdzie obecnie znajduje się empik. Gdzie stoi palma będąca od lat wizytówką Śródmieścia. To znamienne, bo sto lat temu to miejsce również z palmą kojarzono. Tylko tamta wyrastała ponad kolistą kanapą pośrodku znanej wszystkim poetom i literatom kawiarni Udziałowa. Było to miejsce szczególne. Stylizowane gałęzie kwitnących kasztanów pod sufitem. Okładzina mahoniowa zakrywająca otynkowane ściany. Jeśli do czegoś ją dziś porównać, to do kawiarni w podziemiach Czytelnika. Nie z powodu podobieństwa wnętrz, ale znaczenia. To tam spotykali się wszyscy. U Kazimierza Życkiego. Jak pisze w swoich wspomnieniach jeden z bywalców lokalu: „Nie mógł nie wpaść do Udziałowej, choćby późną nocą i choćby na moment, żaden inteligent jako tako interesujący się sztuką, literaturą, teatrem, muzyką”. Trudno się dziwić Stanisławowi Ossorya-Brochockiemu, że tam właśnie 18 marca 1918 roku zaprosił tych, którzy, jak wierzył, zmienią sytuację polskich autorów i kompozytorów. A nie było dobrze.

Trwająca od czterech lat wojna zmieniła oblicze kulturalne polskich miast. Towarzyszące przełomowi wieków ruchy rewolucyjne na zawsze zmieniły też społeczeństwo. Do głosu dochodziły warstwy społeczne, które dotąd nie uczestniczyły w sferze kultury wysokiej. A ta traciła na znaczeniu. Zaczynała się kształtować kultura masowa, której najważniejszym medium był wtedy kabaret.

O kabaretach, które powstawały wtedy w Warszawie, ci przychylniejsi mówią, że był to „teatr drugiego nurtu”. Ci mniej wyrozumiali określali je jako „przybytki podkasanej muzy”. Warto jednak pamiętać, że Arnold Szyfman, zanim w 1909 roku zainicjował stworzenie Teatru Polskiego, założył w Warszawie właśnie kabaret. I to u niego debiutowali na scenie Jerzy Boczkowski i Konrad Tom. Postaci, o których będziemy jeszcze pisać. Wróćmy jednak do „kabaretu” jako fenomenu tamtego czasu. Mamy pierwszą wojnę światową. Polski formalnie nie ma na mapie Europy. A tymczasem w Warszawie właściwie co rok powstaje nowa scena. W 1915 roku kabaret Miraż założony przez Jerzego Boczkowskiego i Brochockiego. Scena znajdowała się dosłownie kilka bram od Udziałowej. Rok później Sfinks i zaraz po nim, po drugiej stronie ul. Marszałkowskiej, Czarny Kot. Były to sceny niezwykłe i w skali europejskiej unikatowe. Z kabaretu francuskiego wzięliśmy piosenkę, z niemieckiego skecz, a pewnego rodzaju poetyckość, refleksję zawdzięczamy scenom rosyjskim.

To dzięki Boczkowskiemu do kabaretu zaczęto szukać tekściarzy, literatów. Uznał on po prostu, że skoro zubożała inteligencja nie chce przychodzić do kabaretu, to należy sprawić, by ci przychodzący poczuli się jak inteligencja. Szef Mirażu sam pisał i komponował, więc od swoich współpracowników, twórców i autorów wymagał rzeczy na wysokim poziomie. Podobnie myślał Kazimierz Wroczyński, kierownik artystyczny, a przez pewien czas i dyrektor Czarnego Kota. To za ich sprawą za kulisy warszawskich kabaretów trafili: Julian Tuwim, Antoni Słonimski i Jan Brzechwa, poeci niezwykle utalentowani oraz kreatywni. Piszący równie łatwo jak Andrzej Włast, autor wszechstronny, chociaż w opinii wielu nieoceniany najwyżej.

Do najpopularniejszych i najczęściej bisowanych utworów na warszawskich scenach kabaretowych należały takie, które przemawiały do uczuć patriotycznych lub ośmieszały w mniej lub bardziej aluzyjny sposób okupanta. Jednak tematem większości była miłość, i to niekiedy w ujęciu frywolnym. Programy w kabaretach zmieniano raz w tygodniu, autorzy zmuszeni więc byli do wytężonej pracy. Podaż na te teksty stworzyła nową kategorię twórcy: literata specjalizującego się w pisaniu drobnych utworów na zamówienie, traktującego tę pracę zawodowo.

Oddajmy na chwilę głos Tadeuszowi Żeromskiemu, który sam w tamtych czasach z pisania dla kabaretów Miraż i Czarny Kot próbował się utrzymać: „Pojęcie tantiem autorskich, autorskich procentów od obrotu czy dochodu w ogóle wówczas nie istniało […]. Autor piosenki, recytacji, monologu czy skeczu otrzymywał od przedsiębiorcy uzgodnione z kierownikiem literacko-artystycznym teatrzyku albo i nieuzgodnione, ryczałtowe honorarium, oddające dany utwór do nieograniczonej ani czasem, ani liczbą programów eksploatacji”.

Była też i druga strona medalu, o której Żeromski uczciwie pisze: „Nie oglądając się na nic, bo nie było się na co oglądać, autorzy nasi, bez porozumienia z oryginalnymi autorami, tłumaczyli, trawestowali, adaptowali, przeinaczali ich teksty lub całkowicie je eliminowali, zastępując je […] tekstami własnymi. Powtarzam: bezceremonialnie, bezkarnie i bezpłatnie. A dostęp do tych berlińskich, wiedeńskich i budapeszteńskich piosenek był dziecinnie łatwy. Nuty z tymi piosenkami napływały często i obficie do warszawskich księgarni, prowadzących dział sprzedaży nut”.

Sytuację tę postanowił zmienić Stanisław Ossorya-Brochocki i zrobił to w sposób kunsztowny oraz przemyślany. Do współpracy przy tym projekcie zaprosił nie tylko przedstawicieli branży artystycznej. Byli tam wspomniany już Jerzy Boczkowski, Jan Stanisław Mar, szef Czarnego Kota, i Tadeusz Kończyc kierujący Argusem, kabaretem mniejszej rangi, lecz także liczącym się w stolicy. Byli Władysław Just i Stanisław Ratold, zdobywający coraz szersze uznanie satyrycy. Brochocki nie zapomniał jednak o autorach takich jak Andrzej Włast, Tadeusz Żeromski i Julian Tuwim. Zaprosił popularnych wykonawców, Konrada Toma i Andę Kitschman, która była przy tym znakomitą kompozytorką.

Seria spotkań rozpoczętych 18 marca w kawiarni Udziałowa miała jednak na celu stworzenie organizacji gotowej walczyć o swoje prawa. A takiej potrzebni są prawnicy. Kazimierz Wroczyński, współzałożyciel Czarnego Kota, skończył studia prawnicze na Uniwersytecie Noworosyjskim w Odessie. Gustaw Beylin nie dość, że był więźniem Cytadeli i zesłańcem carskim, to jeszcze i dramaturgiem, i radcą prawnym. A wspomniany już Jan Lesman, który później przyjmie pseudonim Brzechwa, znakomicie łączył zdolności literackie z prawniczym zacięciem. To w tym gronie podjęto wówczas decyzję o powołaniu Związku Autorów Kabaretowych gotowego „stać na straży interesów moralnych i materialnych autorów i kompozytorów zasilających swymi utworami repertuar teatrzyków literackich, estrad i scen kabaretowych”.

Warto tu dodać, że już w pierwszych miesiącach istnienia związek postanowił reprezentować prawa autorów i kompozytorów obcych, z którymi miałby wejść w porozumienie. To był ukłon w stronę zagranicznych twórców. Gest o wielkim znaczeniu bez żadnej podstawy prawnej. Konwencję berneńską, międzynarodową umowę z roku 1886 dotyczącą ochrony dzieł literackich i artystycznych, rząd polski mógł podpisać dopiero po odzyskaniu przez nasz kraj niepodległości 11 listopada 1918 roku.

Niecałe dwa tygodnie później, 29 listopada, zostaje w Warszawie otwarta inna kawiarnia literacka, Pod Pikadorem. To tu, a potem na pięterku w Ziemiańskiej, Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jan Lechoń, Jarosław Iwaszkiewicz i Kazimierz Wierzyński tworzą wizerunek nowoczesnego poety, twórcy, daleki od modernistycznych epigonów. Jak utrzymuje wielu krytyków, to wtedy po raz pierwszy potraktowano poezję jako towar. Bywalcom kawiarni doskonale znany był cennik określający, ile kosztuje rozmowa z twórcami, a ile podarowanie utworu. Żartobliwie wyceniono także wysokość posagu panien ubiegających się o względy skamandrytów. I to ta kawiarnia przeszła do legendy polskiej literatury jako kluczowa i najważniejsza. Wymienione przed chwilą wydarzenia pozwalają nam jednak z opinią taką się nie zgodzić. Pierwszeństwo należy się Udziałowej i stowarzyszeniu, które w jej murach powstało.

Nazwę „Związek Autorów i Kompozytorów Scenicznych”, w skrócie ZAiKS, stowarzyszenie powołane dzięki zdolnościom organizacyjnym i entuzjazmowi Brochockiego przyjęło dopiero po kilkunastu miesiącach, 26 września 1919 roku.

autor: MM
Ilustracje: „Tworzymy i chronimy. 100 lat ZAiKS-u”. Tekst Rafał Marszałek, oprac. graf. Maciej Buszewicz, Wyd. Stowarzyszenie Autorów ZAiKS, Warszawa 2018, s. 28, 29.
„Tworzymy i chronimy. 95 lat ZAiKS-u”. Tekst Rafał Marszałek, oprac. graf. Maciej Buszewicz, Wyd. Arkady, Warszawa 2013, s. 24, 31.

Pragniemy poinformować, że dołożyliśmy wszelkich starań w celu odnalezienia podmiotów autorskich praw majątkowych zaprezentowanych przez nas utworów, zdjęć i grafik. Jednocześnie prosimy, aby osoby przez nas pominięte stronie zaiks100.pl, którym przysługują autorskie prawa majątkowe, nawiązały kontakt ze Stowarzyszeniem Autorów ZAiKS.

Podobne artykuły