Pokolenie, do którego pan należy, odebrało gruntowne klasyczne wykształcenie. Poznał pan grekę, łacinę i dorobek starożytności jeszcze w domu, za sprawą ojca. Znalazłem jednak jeszcze jedno nazwisko, które wydaje się dla pana biografii ważne. Mówię o Kazimierzu Andrzeju Jaworskim.

– To był poeta i redaktor miesięcznika literackiego „Kamena”, który ukazywał się przed wojną w Chełmie Lubelskim. Cechą charakterystyczną tego pisma było to, że skupiało ono młodych ludzi. Kazimierz Andrzej Jaworski, który był poza tym nauczycielem w gimnazjum i w liceum już później w Chełmie, gromadził wokół siebie taką uzdolnioną młodzież literacką. A ponieważ miał do dyspozycji pismo, mógł zamieszczać w nim debiuty. I to robił. Był zaprzyjaźniony z moim ojcem i poznał mnie, gdy byłem jeszcze dzieckiem. Ja, niezupełnie już dzieckiem będąc, odwiedziłem go podczas wojny właśnie w Chełmie Lubelskim. Jaworski wrócił akurat z niemieckiego obozu koncentracyjnego Sachsenhausen. Był to człowiek o bardziej lewicowych przekonaniach niż mój ojciec, który moim przewodnikiem umysłowym był przedtem. Jaworskiemu zawdzięczam jednak pewne bardzo ważne skłonności. Otwartość na inność, inność kultury. Jako redaktor, jeszcze w przedwojennej Polsce, miał nieortodoksyjny stosunek do literatury i kultury takich krajów, z którymi politycznie Polsce nie było po drodze. Na przykład z pisarzami Związku Radzieckiego, z twórcami ukraińskimi, białoruskimi. On interesował się głównie literaturami słowiańskimi, również południowymi, bałkańskimi. Jako więzień obozu koncentracyjnego, jako ofiara dotkliwie doświadczona przez nazistów umiał odróżniać nazistę od Niemca i tych dwóch pojęć nie utożsamiać. Kiedy wyszedł z obozu, zwrócono mu depozyt, a w nim były jakieś pieniądze. I cóż on zrobił? Wstąpił od razu w Berlinie do księgarni i kupił antologię poezji niemieckiej. Przywiózł ją do Chełma, a kiedy się spotkaliśmy, podsunął mi, bym ją przeczytał. Jego stosunek do innych narodowości stał się częścią mojego światopoglądu. 

Czy możemy więc zaryzykować stwierdzenie, że to on zapoznał pana z dorobkiem literackim Europy Środkowo-Wschodniej?

– Nie tyle mnie z nim zapoznał, ile oduczył mnie nierzadkiej u nas abominacji w stosunku do czegoś obcego. Często wówczas coś odrzucaliśmy tylko ze względu na to, że to było na przykład ukraińskie. Proszę pamiętać, że mówimy o roku 1943, kiedy to rozpoczęła się tak szeroko obecnie omawiana rzeź wołyńska. Pomimo tego Jaworski nie zmienił swojego stosunku do poetów ukraińskich. 

W „Kamenie” prowadzonej przez Jaworskiego zamieszczali swoje teksty i Czesław Miłosz, i Bruno Schulz, i Julian Tuwim, ale również pana ojciec. Jak rozumiem, pan też musiał tam coś publikować, bo gdy w roku 1948 został pan członkiem ZAiKS-u, był pan już wtedy autorem.

– Dzisiaj się nad tym zastanawiałem z racji naszej rozmowy. I wyliczyłem sobie, że tak chyba rzeczywiście było. No właśnie. Jestem bardzo stary, ale jednak od ZAiKS-u młodszy. O całe osiem lat. Wszedłem w poczet jego członków, gdy miałem 22 lata. Dowiedziałem się od kogoś, że przysługują mi pieniądze za wykonania publiczne moich tekstów, a to było przed moim debiutem książkowym. Powiedziano mi, że nie dostanę tych pieniędzy, jeśli nie zarejestruję się w ZAiKS-ie. Ja byłem wtedy bardzo młodym człowiekiem i chętnie powierzyłem kompetentnej instytucji pieczę materialną nad moją twórczością. Wybrałem się więc, z tego co pamiętam, na ulicę Śniadeckich i się zapisałem.  

Lwów, była ulica Kochanowskiego, stoję przed domem, w którym się urodziłem.
Fot. archiwum prywatne Jacka Bocheńskiego

ZAiKS odbudowywał wówczas swoją pozycję w powojennej Polsce i powojennym świecie. Niemcy chcieli przecież wykreślić go z rejestru Międzynarodowej Konfederacji Związku Autorów i Kompozytorów, a aktywa przejąć. Zburzono jego siedzibę, zniszczono archiwum. Dobrze słyszeć, że zaledwie trzy lata po wojnie twórca mógł liczyć na pomoc ZAiKS-u.

– Tego, by artysta miał prawo w miarę możności żyć ze swojego zawodu, pilnowano w ZAiKS-ie od początku. Takie było założenie jego twórców. Trzeba pamiętać, że ZAiKS powstał, gdy formowała się nowa postać kultury w jej wersji masowej, popularnej. ZAiKS jest organizacją nowoczesną, związaną z procesem rozwoju tej kultury. Wtedy w okresie międzywojennym nastąpił bowiem przełom. Muzyki przestało się słuchać tylko w salonach, na artystów przestali mieć wyłączność arystokraci i bogate elity. W związku z demokratyzowaniem się zachodniej cywilizacji – mówię tu o Europie czy o Ameryce Północnej – powstała potrzeba sztuki popularnej, głównie rozrywkowej. I ZAiKS pewnie by nie powstał, gdyby nie chęć nawiązania kontaktu, znalezienia punktu styczności twórców tych kulturalnych wytworów z odbiorcą masowym. Zaczęło się od kabaretów sto lat temu. I nieprzypadkowo to kabaretowi twórcy założyli ZAiKS. Potrafili oni wymyślać odpowiednie utwory, natomiast nie wiedzieli zupełnie, jak je rozpowszechnić, w jaki sposób je powielić i wreszcie, co najważniejsze, gdzie i komu je sprzedać. ZAiKS twórców na tych płaszczyznach wspierał i odbierał przedsiębiorcom, producentom i dystrybutorom tę cząstkę zysku z dzieł artystów, która autorom się należała. Z żalem to stwierdzam, ale większość tych, którzy rozpowszechniają dzieła kultury, cały zysk wypracowany w trakcie tego procesu zachowałaby najchętniej dla siebie. ZAiKS potrafił takie zapędy wyperswadować i egzekwował należne twórcom pieniądze. Dzięki temu w czasach PRL mogli oni choć w minimalnym stopniu być niezależni od władzy politycznej, ale to już inny temat. 

Należy pan do tych twórców, którzy wiedzą na ten temat dużo. To pana książki były przecież na indeksie.

– O, to było wiele lat później. My tu mówiliśmy o wczesnym okresie powojennym, gdy wstępowałem do ZAiKS-u. Moja stała współpraca ze Stowarzyszeniem rozpoczęła się w latach 60. Nie jest tajemnicą, że w tamtym czasie byłem również autorem tekstów piosenek. Mało jednak osób wie, że pierwszym kompozytorem, z którym współpracowałem, a mówimy o muzyce tanecznej, był Witold Lutosławski, który pod pseudonimem Derwid kilka utworów tego rodzaju ze mną napisał. Głowy do muzyki rozrywkowej nie miał w ogóle, nie rozumiał jej rosnącego znaczenia i przede wszystkim nie umiał jej promować, ale był w bliskich stosunkach z Władysławem Szpilmanem szefującym odpowiedniemu działowi programowemu w Polskim Radiu i dzięki temu mógł te swoje piosenki wylansować. Sam nie wiedziałby zupełnie, co z nimi robić. Ja też się na tym nie znałem i także pisałem te teksty pod pseudonimem. Obaj chcieliśmy ten rodzaj twórczości oddzielić od naszej poważnej działalności w kulturze. Potem pisałem także teksty do kompozycji Bogusława Klimczuka. I jemu to zawdzięczam swój największy przebój, Rudego rydza. Klimczuk najpierw prowadził w Polskim Radiu orkiestrę, a potem wymyślił sobie swoje radiowe studio M-2. I ja tam właśnie po raz pierwszy zobaczyłem, jak to wszystko się robi. Poznałem wielu ludzi związanych z estradą. 

Pomimo jednak zawartych w ten sposób znajomości zawodowym tekściarzem pan nie został. Ta przygoda z estradą trwała w pana przypadku dosyć krótko.

– Zajmowałem się tym w latach 60. z przyczyn finansowych. Jak panu wiadomo, w tamtym okresie zacząłem być dosyć czynnym uczestnikiem opozycji demokratycznej w naszym kraju, a to podlegało represjom. Piosenki pisałem więc pod pseudonimem i zapewniłem sobie, dzięki płynącym z tego tytułu tantiemom, pewną niezależność finansową. Utrzymując to w tajemnicy przed ówczesnymi władzami, mogłem uprawiać zawód przynoszący zarobek. One może nawet coś o tym wiedziały, ale tolerowały takie działanie, bo wystarczało im, żeby szeroki ogół o niczym nie wiedział – wtedy mogły przymknąć oko. To taka specjalna – poza okresem stalinizmu – cecha reżimu PRL-owskiego w odróżnieniu od innych państw bloku. Dzięki ZAiKS-owi nie byłem uzależniony od tego, co władza polityczna, która krajem rządziła, mi podaruje. Istnieją dwaj najważniejsi płatnicy zdolni twórcę utrzymać: państwo lub prywatny biznes, czyli np. w przypadku pisarza – wydawca. Jedni i drudzy wywierają na twórcę presję. A artysta, by tworzyć, powinien być wolny. 

Rozglądam się po podwórzu domu, w którym się urodziłem. Fot. archiwum prywatne Jacka Bocheńskiego

Powinien mieć też z kim swoimi spostrzeżeniami się dzielić. Czy dzięki kontaktom w Stowarzyszeniu zawarł pan wtedy jakieś literackie znajomości, przyjaźnie, które przetrwały?

– Nie. ZAiKS w moim życiu tej roli nie odgrywał. Warto jednak przyznać, że w Domach Pracy Twórczej, które zawsze bardzo sobie ceniłem i lubię do dziś, spotykałem różnych ludzi ze środowiska literackiego. Tam, widzi pan, dobrze mi się pisze. Powstało tam – nie w całości, ale w istotnej części – kilka moich książek, np. Blog drugi, który ukończyłem ostatnio właśnie w Domu Pracy Twórczej w Konstancinie. W PRL życie literackie skupiało się raczej w kawiarniach. To kawiarnia odgrywała wtedy rolę kulturotwórczej instytucji. W pewnym stopniu oczywiście, ponieważ głównie opowiadało się tam głupstwa. Jeśli jednak choćby 10 proc. tego, o czym tam rozmawialiśmy, nie było głupstwami, to miało to ogromne znaczenie. Ludzie się tam spotykali, wymieniano informacje i poglądy, tam powstawały nawet różne pomysły działań opozycyjnych. Ja sam stałym uczestnikiem życia kawiarnianego może nie byłem, ale Antoni Słonimski, przywódca opozycji wśród pisarzy, miał w kawiarni PIW-u na Foksal swój stolik z grupą literackich i początkujących politycznych spiskowców. 

A oprócz lokalu na Foksal, tego tak zwanego Cafe Snob, w jakich jeszcze kawiarniach toczyło się warszawskie życie literackie?

– Spotykano się w kawiarni Czytelnika. W suterenie wydawnictwa, więc literaci pojawiali się tam w sposób naturalny. Miał tam swój stolik między innymi Tadeusz Konwicki i czasem tam bywałem. Była też tak zwana stołówka Związku Literatów w do dziś istniejącym Domu Literatury na Krakowskim Przedmieściu. To drugie miejsce było dla mnie ważniejsze. Wydaje mi się, że to właśnie tam Konwicki przekazał mi maszynopis Małej apokalipsy do druku w podziemnym „Zapisie”. 

„Socjalizmu w Polsce nie będzie, jeśli nie będzie suwerenności narodowej” – pisał pan w roku 1956. A jednak udało się panu rok później wyjechać w podróż zagraniczną. Do starożytnego Egiptu, do Abisynii, Ghany.

– Ależ to był rok największej wolności w całej historii PRL oprócz 16 miesięcy Solidarności, tzw. karnawału 1980–1981. Wtedy ludzie dostawali paszporty i wyjeżdżało za granicę wielu. A ja na wyjazd w roku 1957 do Afryki miałem oficjalną delegację prasową, dzięki której mogłem się tam w pewnych miejscach poruszać, wjechać między innymi do Sudanu Południowego. 

Przywiózł pan z tej podróży Pożegnanie z panną Syngilu, książkę o kontynencie wstrząsanym rewolucyjnymi zmianami. Jaka była Afryka w tamtym czasie?

– Częściowo wstrząsana już pokolonialnymi konfliktami na tle plemiennym, religijnym itd., częściowo jeszcze kolonialna. Przede wszystkim jednak na niewyobrażalnym dla nas poziomie ubóstwa, brakowało tam właściwie wszystkiego: żywności, odzieży, medycyny, szkół, dróg i środków komunikacji. Oczywiście, były obszary lepiej i gorzej rozwinięte. Podczas tej podróży zrozumiałem, w jak różnych warunkach politycznych, kulturalnych, ekonomicznych i naturalnych żyje ludzkość. To było ważne doświadczenie, na całe życie. Nauczyłem się szerzej patrzeć na sytuację Polaków w świecie. 

W Polsce na początku lat 60. rosło napięcie polityczne, podobnie jak apetyt władzy, by przejąć kontrolę nad wszystkimi dziedzinami życia. ZAiKS, chcąc utrzymać wobec tej władzy niezależność, objął zakresem swego działania nowe kategorie twórców. Tym samym Stowarzyszenie mogło ich chronić, a sami zainteresowani mogli bronić i jego pozycji.

– Tu potrzebnych jest kilka słów wprowadzenia. Otóż w roku 1918 nikt jeszcze nie słyszał o telewizji, radio dopiero się wykluwało, a o Internecie nikomu się nawet nie śniło. Jednak z czasem trzeba było do tych nowych dziedzin się ustosunkować, bo tam pojawili się twórcy. Ja w latach 60. nie znałem ZAiKS-u od wewnątrz. Byłem zaledwie użytkownikiem funkcji, które ZAiKS spełniał. Wiemy jednak, że ZAiKS rozszerzył wówczas zakres swojej działalności, przyciągnął inne branże, jeśli można użyć takiego określenia w stosunku do twórczości. Bronił niezależności swoimi środkami. To w jego siedzibie 29 lutego 1968 roku odbyło się nadzwyczajne walne zebranie warszawskiego oddziału Związku Literatów Polskich poświęcone zdjęciu ze sceny Teatru Narodowego Dziadów. I co ciekawe, w tej sali, w której wtedy obradowaliśmy, odbyła się w 50. rocznicę tamtych wydarzeń, 9 marca 2018 roku, próba rekonstrukcji tamtego zebrania na podstawie zachowanego stenogramu. Okazało się, że w bibliotece Domu Literatury zapis ten przetrwał. Ja jestem jednym z bardzo nielicznych żyjących uczestników tego historycznego zebrania. A na pewno spośród mówców, którzy wtedy zabierali głos, pozostałem już tylko ja. 

Jacek w gościnie u Jacka (Fedorowicza). Fot. Teresa Bogucka

Chodziło wówczas o zgłoszoną przez Andrzeja Kijowskiego rezolucję potępiającą politykę kulturalną, jaką prowadziła ekipa Władysława Gomułki.

– Mamy luty, jeszcze nie wiemy, co stanie się w marcu. Wiemy tylko tyle, że oto nie pozwalają Dejmkowi grać Dziadów. Przedstawienie ma być usunięte ze sceny. Nie domyślamy się, że to dopiero początek, że już za chwilę rozpętana zostanie kampania antysemicka zainspirowana przez władze, że dziesiątki tysięcy osób będą musiały Polskę opuścić. Na tym zebraniu wprawdzie Paweł Jasienica mówi, że na uniwersytecie krążą jakieś antysemickie ulotki, ale ja się wtedy jedynie dziwię, bo jaki to ma związek z Dziadami i Dejmkiem? Dopiero potem zrozumieliśmy, czemu to wszystko służyło: poskromieniu tendencji niepodległościowych inteligencji polskiej, broniącej Mickiewicza, przez zasugerowanie szerokiemu ogółowi, że jest to antypolski spisek Żydów. Antysemicka demagogia okazała się narzędziem efektywnym. Pisarzy i studentów demonstrujących swoje niezadowolenie na uniwersytecie, tych ówczesnych filaretów, udało się zagłuszyć taką manipulacją. Odwołano się wtedy po raz pierwszy po Zagładzie i Hitlerze do antysemickiej ksenofobii. 

Wśród tych filaretów, jak to pan ładnie określił, był pewien student Wydziału Historycznego UW, Adam Michnik. To on wiele lat później, bo w 2007 roku, postanowił przypomnieć polskim czytelnikom jedną z pana książek napisanych znów w trakcie podróży. Tym razem do Włoch. Książkę, jak się okazało, niezwykle aktualną.

– Jak dziś wiem, co najmniej kilku czytelników zapoznało się z moimi książkami dopiero w więzieniu, do którego trafili jako członkowie opozycji. Szczególnie ci młodsi dopiero tam mieli czas, by pewne moje książki przeczytać. Tak więc mogę dziś powiedzieć, że ówczesna władza ludowa – chcąc nie chcąc – w czymś mi pomogła. A Adam Michnik z moimi tekstami napisanymi we Włoszech zapoznał się bardzo późno, bo dopiero w stanie wojennym, kiedy to aresztowano go za próbę obalenia ustroju socjalistycznego. Co ciekawe, Krwawe specjały włoskie, które skończyłem pisać w roku 1976, dopiero wtedy mogły się ukazać. 

I to w Czytelniku.

– Tak, Michnik mógł więc przeczytać oficjalne, pełne wydanie. Jedno z tych opowiadań, publikowane przedtem w „Zapisie”, znał. 

„Trudno było wybrać lepszy moment, by ta książka przeszła niezauważona” – powiedział potem. „Polacy mieli wtedy przed oczami terrorystów w mundurach ZOMO, którzy strzelali do górników w kopalni Wujek i pacyfikowali demonstracje w obronie wolności. […] Nikogo nie obchodziły problemy terroryzmu w Italii”. Jednak nie tylko o terroryzm w Krwawych specjałach włoskich chodziło.

– Chodziło ogólnie o gwałt zadawany demokracji i prawu, a co może najważniejsze, o usprawiedliwianie gwałtu w różny sposób, bezradność wobec niego albo lekkomyślne sprzyjanie mu. 

W swoich książkach analizuje pan mechanizmy pozwalające sprawować władzę. Przygląda się pan temu z perspektywy starożytnego Rzymu, wyzwolonej ze szponów kolonializmu Afryki czy współczesnych nam Włoch. Czy ta gra z cenzurą, którą musiał pan prowadzić, pisząc o tym w państwie socjalistycznym, była świadoma?

– Opisywałem w tych książkach zawsze jakąś rzeczywistość, niewymyśloną przeze mnie dla cenzury. Bardzo mi trudno to objaśniać, bo zdaję sobie sprawę, że to czytelnik w rezultacie decyduje, o czym moja książka jest, nie ja. To on ją czyta, rozumie po swojemu, interpretuje. I rzeczywiście panowała wówczas zgodność między władzą polityczną, czyli tak pojętymi cenzorami z jednej strony, a dziennikarzami, i to niekoniecznie krajowymi, krytykami literackimi, badaczami literatury, historykami i tysiącami czytelników z drugiej strony. Wszyscy zgodnie uważali, że moje teksty stanowią rodzaj zawoalowanej krytyki panującego w Polsce systemu politycznego. Tego doszukiwano się w dwóch pierwszych tomach mojej Trylogii rzymskiej. Tom trzeci wyszedł w zupełnie innym ustroju i jemu już to nie groziło. Tak było. Jak ja to mogę teraz skomentować? Kamuflaż, język ezopowy są uznawane za jedną z cech moich książek, szczególnie tych poświęconych starożytności. I niewątpliwie tak jest w pewnej mierze. Nie jest to jednak ani ich funkcją główną, ani tym bardziej wyłączną. Przyznaję, dochodziło tam również do tej gry, o którą pan pyta, ale nie dla tej gry książki te napisałem. 

To powróćmy do chronologii wydarzeń. W tym samym roku, gdy kończy pan swoje podróże po Włoszech, ukazuje się pierwszy numer „Zapisu”. Pismo to szczególne, nawet z dzisiejszej perspektywy, bo stricte literackie w czasie niezwykle politycznym.

– Drobne sprostowanie. Ja wróciłem z Włoch do Polski dwa lata wcześniej, ale pisać Krwawe specjały włoskie skończyłem w czerwcu 1976 roku. Samo powstanie w tamtym momencie niecenzurowanego „Zapisu” odgrywało niezwykle polityczną rolę. To nie było tak, że my mogliśmy sobie dowolnie wybierać, jaki rodzaj pisma stworzymy, może literackie, może polityczne. Trzeba zdawać sobie sprawę z niebezpieczeństw związanych z decyzją o jego utworzeniu w tamtym czasie. Trzeba było zacząć od tego końca, który można było wtedy chwycić. Od tego miejsca, gdzie podstawy tego, z czym walczyliśmy, można było zacząć podkopywać. Poza tym proszę nie zapominać, że byliśmy jednak pisarzami. I to, że naszą twórczość po prostu tłamszono, było dla nas niezwykle istotne. Chcieliśmy ją więc wyzwolić. Kiedy podejmowaliśmy te pierwsze decyzje wydawnicze, nie wiedzieliśmy, jaki będzie dalszy rozwój wydarzeń w Polsce. Chcieliśmy jednak spróbować, czy da się rozpowszechnić pewne teksty bez pytania władzy o zgodę. Nie wiedzieliśmy jednak, czy nas od razu po tym pierwszym numerze zaaresztują, czy może uda się nam wydrukować numer drugi. 

„Zapis” jednak przetrwał. W stanie wojennym, już jako „Nowy Zapis”, był współredagowany przez Martę Fik, Andrzeja Kijowskiego, Andrzeja Burka i pana. Wtedy jednak zdecydowali się państwo nazwiska twórców ukrywać.

– Cieszę się, że przypomniał pan Martę Fik, bo ona na to zasługuje. Co do anonimowości, to w stanie wojennym zmieniły się warunki, trzeba było konspirować i ośmielić do tego możliwie wielu ludzi, dając przykład, jak to robić. Ja tak rozumowałem, ale były różne poglądy na ten temat.  

Czas transformacji. Bardzo długo czekaliśmy na to, że bardzo duże grono pisarzy, którzy byli cenzurowani, ograniczani albo wręcz zakazani, wreszcie wyjmie te swoje wielkie teksty z zakamarków szuflad i je opublikuje. Co się pana zdaniem wtedy stało? Gdzie są te teksty, te książki, o których tak długo marzyliśmy?

– To utopia. Twórczość potrzebuje kontaktu z publicznością. Gdy go nie ma, twórczości też nie ma. Tylko wyjątkowo pisze ktoś do szuflady. Zawartość szuflad w Polsce ulegała redukcji, ilekroć cenzura łagodniała. Wiele pozycji ważnych się wtedy ukazało. Natomiast w okresie transformacji doszło do spotkania pisarzy z pewnym zupełnie dla nich nowym zjawiskiem. Był to tak zwany wolny rynek, który zaczął faworyzować literaturę prostą, popularną. My na początku lat 90. nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy albo lekceważyliśmy to po prostu. Pamiętam, że wydelegowano mnie wtedy z ramienia Polskiego PEN Clubu – a został on reaktywowany jeszcze przed Okrągłym Stołem jako pierwsza z organizacji zawieszonych w stanie wojennym – na pewne spotkanie międzynarodowe do Wiednia. Na tej konferencji z wielkim entuzjazmem opowiadałem o czekającej nas wolności. I pamiętam, że w kuluarach już po tym moim wystąpieniu podszedł do mnie jeden z moich zachodnich kolegów i powiedział: „Bądźcie ostrożni. Poznaliście bardzo dobrze opresję polityczną, ale nie znacie jeszcze opresji komercjalizmu”. 

Życie powszednie na osiedlu Służew nad Dolinką, opisywanie w „Blogu”. Fot. Bogdan Horodyski

I jak się okazało, były to prorocze słowa.

– W tym momencie, gdy ograniczenia polityczne zniknęły, poważnej literaturze przyszło konkurować nie tyle nawet z literaturą sensacyjną, z powieścią kryminalną na przykład, która czasem bywa ciekawa, ile z harlequinami. My przegraliśmy walkę o czytelnika z autorami romansów, czytadeł, literatury taniej i łatwej. 

Jednak pojawienie się tych powieści groszowych sprawiło, że gospodynie domowe znów zaczęły czytać. A poziom czytelnictwa w Polsce nie był wtedy najwyższy.

– Nie wiem, czy było to należycie zbadane. Warto by się przyjrzeć tej kwestii dokładniej za pomocą narzędzi naukowych. Po literaturę wysoką sięgano bowiem zawsze. I ja byłem tego świadkiem. Dopóki nie pojawił się, niech wolno mi to będzie powiedzieć, cały ten „chłam komercyjny”, dopóty ludzie czytali rzeczy poważne. W PRL książki wydawano w nakładach dziesięcio- czy dwudziestotysięcznych i one znikały z półek księgarni. A skoro znikały, to ktoś je czytał. Dla dzisiejszych wydawnictw liczby te byłyby nieosiągalne. 

Minął w Polsce okres transformacji, wolny rynek przystosował się i do wyzwań ambitniejszych, mamy rok 2010, a pan zostaje przewodniczącym Rady Stowarzyszenia Autorów ZAiKS. To był ważny rok dla kultury. 20 listopada zakończono prace nad umową handlową dotyczącą zwalczania obrotu towarami podrabianymi, czyli ACTA…

– Michał Boni, który został wówczas ministrem administracji i cyfryzacji, rozumiał, że oporowi przeciwko tej umowie towarzyszy element ideologiczny, szlachetnego zresztą pochodzenia. Coś, co w przedstawicielach polskiej inteligencji tkwiło od dawna. Zwolennikami tego sprzeciwu było wielu ludzi, których cenię do dziś. Między innymi był to niestety już nieżyjący prof. Wiktor Osiatyński. Pamiętam, jak mi wyjaśniał, że intencje stojące za ACTA nie są zgodne z jego zasadami etycznymi. Profesor Osiatyński był gorącym zwolennikiem udostępniania za darmo wszystkich stworzonych na przestrzeni dziejów dzieł. Chciał bardziej liberalnych zasad, wierzył w coś, co znamy pod postacią Creative Commons. W związku z tym uznał, że nie może aprobować obrony praw autorskich uprawianej przez ZAiKS i stosownie do swych poglądów wycofa się z Rady. Ja go usiłowałem za wszelką cenę od tego odwieść, ale stał twardo na swoim stanowisku i w rezultacie zdecydował się zrezygnować z uczestnictwa w Radzie Stowarzyszenia. 

„O, gdybym kiedy dożył tej pociechy, żeby te księgi zbłądziły pod strzechy!”.

– Tak, ale jednocześnie Osiatyński, którego znałem długo, czuł, że wycofując się wówczas i nie zgadzając z nami, popełnia jakąś niewłaściwość koleżeńską, że nie powinien nam tego robić. Czasem jednak zasady są ważniejsze niż lojalność. Widzi pan, pod koniec XX wieku zmieniły się narzędzia, dzięki którym kultura jest rozpowszechniana. Dzisiaj takimi narzędziami są komputery i Internet. Sam z nich zacząłem korzystać i tak powstał mój blog, wydany również jako książka papierowa. I powiem panu, że sam fakt posługiwania się komputerem wpływa na kształt tekstu. Choć myślałem, że tak nie będzie. Ale to jest temat na osobną rozmowę. 

Proszę mi pozwolić zadać jeszcze jedno pytanie. Wydaje się, że historia zatoczyła koło i cesarstwo rzymskie znów jest zagrożone. Czy pana zdaniem barbarzyńcy ponownie stanęli u bram? Nie mówię o sytuacji geopolitycznej, mówię o kulturze.

– Nie wiem, jak będzie, chociaż kilka razy udało mi się w życiu coś przewidzieć. Zdarzało mi się snuć wizje, które początkowo brzmiały jak fantastyka, a jednak realizowały się później. Mogę tylko powiedzieć tyle – powinniśmy się starać, aby tę wartość, jaką przedstawia kultura nam znana, jak najdłużej zachować. To nie znaczy, że kultura powinna być konserwatywna. Tego uczył mnie jeszcze jako nastolatka wspomniany przez pana na początku Kazimierz Andrzej Jaworski. Pewnie kultura będzie musiała ewolucyjnie przejść do jakiegoś nowego stadium, bo człowiek się zmienia. To się nie powinno stać w wyniku najścia barbarzyńców, którzy zburzą Rzym. To musimy zrobić my. 

Będziemy się o to starać. Bardzo panu dziękuję za to spotkanie i za naszą rozmowę.

Podobne artykuły